niedziela, 13 grudnia 2015

Domówka, jak każda inna.

Jak to się wszystko zaczęło? Wierzcie na słowo, że zwyczajnie. Mieszkam na dzielnicy mało popularnej, która uważana jest za niebezpieczną, groźną i pełną penerów. Jednak każdy wie, że Polacy lubią przesadzać. To zwykły stereotyp, wszędzie dzieje się zawsze to samo. No, chyba że mowa o kanapach płonących w sylwestra. To już inna bajka.
W każdym bądź razie, kiedy z reguły mama wychodziła do pracy na nockę, ja w domu urządzałam małe posiedzenia z znajomymi. No okej, domówki. Muzyka, alkohol, jedzenie, wygłupy. Nic nadzwyczajnego, zwyczajne spędzanie czasu z przyjaciółmi. I w maju, właśnie w maju nadchodził piątek, weekendu że tak powiem początek oraz dyżur mamusi w szpitalu. Miała być stała ekipa, ci co zawsze. Marta, moja najbliższa przyjaciółka z swoim chłopakiem, Krystianem. Ta parka jest doprawdy specyficzna. Ona taka drobna, niziutka, a on dość masywny i duży. Jednak bardziej dobranych osób nigdy nie spotkałam i nie wyobrażam ich sobie osobno. Miał być też Adam z Natalią, jednak oni to już nie tacy zgrani. Rozumiecie, Adam jak się zdenerwuje to nie patrzy czy Natalia jest jego dziewczyną, czy dziewczyną w ogóle. Chyba rozumiecie co mam na myśli? Do tego Artur, mój dobry przyjaciel, z którym kontakt mam nieziemski. Arek, nasz najmłodszy wojownik w paczce oraz Nataniel, najśmieszniejszy chłopak na całym wszechświecie, jak i największy 'łowca szparek'. Nie spodziewałam się nikogo więcej, dopóki Artur nie spytał się, czy będę miała coś przeciwko by przyszedł jego brat Mikołaj z kumplem, Bartkiem. I jak się każdy domyśla, nie miałam. I szczerze wam powiem, że od ich przyjścia wszystko się pozmieniało.
Mam psa. Małego czarnego kundelka. Siedzieliśmy w kuchni i rozmawiałam z Arturem. A przynajmniej miałam nadzieję porozmawiać. Dlaczego tak piszę? To proste. Był zajęty jedzeniem orzeszków z moim psem. Artur brał jednego do buzi, chwilę pocyckał i po chwili dawał czworonogowi. I na odwrót. Dał psu, pocyckała i po chwili ten to zjadał. Nie wiem co on miał w tej chwili w głowie, ale ubawiłam się tym widokiem.
- Ale łeb z ciebie - skomentowałam, bo inaczej byłabym chora. Artur spojrzał się na mnie kątem oka i zaczął się śmiać, a ja mu zawtórowałam.
- To jest moja Holly, ja się jej nie brzydzę - odpowiedział. Nie ważne, że Holly była moja. Jednak nie raz żartowałam, że zdecydowanie woli mojego psa ode mnie. I czasami zastanawiam się, czy to rzeczywiście nie jest prawda.
Wtedy przyszedł właśnie Mikołaj z Bartkiem. Jak się okazało, wcześniej był tu przywieźć tapczan, który mama zamówiła pare dni przed imprezą. I od tego się zaczęło. Dużo rozmawialiśmy,  włączył disco polo, w co uwierzyć nie mogłam kompletnie. A jak zaczął tańczyć to już w ogóle. Nie na darmo każdy mówi na niego 'Król Disco'. Dogadaliśmy się, aczkolwiek z tego co wiedziałam, był w pięcioletnim związku, a jego dziewczyna należy do tego typu osób, przy których człowiek może mieć kompleksy. W kuchni siedzieli wszyscy zaintrygowani kłótnią Adama i Natalii, przy której jak to zwykle musiało dojść do rękoczynów. Pierwszy raz miałam to gdzieś, bo ile można? Nie miałam zamiaru patrzeć, jak ta leży na ziemi, krzyczy że to koniec i tego typu podobne, by następnego dnia widzieć ich raz i jak to się okazuje, usłyszeć o jej przeprosinach. Idiotyzm, ale nikt się nie wtrącał. Dlaczego? Bo to i tak nie przynosiło skutków. 
W każdym bądź razie, siedziałam w pokoju z Mikołajem i Bartkiem, zaczęłam tańczyć z bratem Artura i później śpiewać karaoke. Skubany, zabierał mi piwo, przez co urządzaliśmy zapasy. W końcu trzeba walczyć o swoje, prawda? Przy okazji udawaliśmy rodziców Bartka, drażniąc go, by szedł już spać do pokoju bo dawno po dobranocce i tym podobne. I tak jak dobrze się bawiłam, wyszłam na chwile po kolejną buteleczkę, a gdy wróciłam jedyne co zauważyłam, to prawy sierpowy Mikołaja na twarzy Adama. I uwaga! O co chodzi? Co się dzieje? Skąd ta nagła zmiana w jego nastroju? Jak się okazało, pijany Adam za bardzo pozwalał sobie i powiedział o parę słów za dużo. Te parę słów delikatnie zdenerwowało oprawcę, normalnie szok. Coś nowego, ktoś kto sobie nie pozwalał na obrażanie. Tym bardziej osobie, która nie szanuje własnej dziewczyny. Jak się domyślacie, Adam został wyrzucony z mojego mieszkania a impreza trwała dalej. Tyle, że każdy był zajęty użalaniem się nad Natalią. Tym razem choć raz to ja się bawiłam i czułam się z tym świetnie. Bo z reguły dostawałam tylko cholery. 
Nie ma co opowiadać prócz tego, że mnie i Mikołaja do siebie strasznie ciągnęło. Wiadomo. Impreza, dobry nastrój, alkohol, wspólne poczucie humoru sprawia, że człowiek robi czasami dziwne rzeczy. Chociaż przyznam szczerze, że panowałam nad sobą tak długo, aż nie dowiedziałam się od Marty, że on jakiś czas temu rozstał się z swoją dziewczyną. I to było zapalnikiem. Nie miałam w głowie myśli, że on jest zajęty. Dlatego kiedy mnie pocałował, odwzajemniłam to. W końcu to nic nie znaczący pocałunek, prawda? Wtedy tak jeszcze myślałam, bo raz na jakiś czas można sobie pozwolić. Do niczego więcej rzecz jasna nie doszło, nie należę do tego typu osób, nie myślcie sobie. Jednak myślałam, że na tym wszystko się kończy. Że jak zamknęłam drzwi za ostatnią osobą, posprzątałam dom przed przyjściem mamy i wykąpałam się oraz położyłam do łóżka, kolejne dni niczym od poprzednich się różnić nie będą. To tylko domówka w końcu była. Jak każda inna. Zwykła impreza w gronie znajomych, bliskich i nowo zaprzyjaźnionych. Dla mnie była udana, jedna z lepszych. Gdzie nie latałam za każdym z szmatką. Rozluźniłam się.
Następnego dnia, gdzieś tak w późnych godzinach, kiedy odespałam noc i w jakiś sposób się doprowadziłam do porządku, weszłam tradycyjnie na facebook. Co tam na mnie czekało? Zaproszenie od Mikołaja, nic nadzwyczajnego, choć na wspomnienie ubiegłej nocy lekko się mimo wszystko ucieszyłam. Co następnie? Wiadomość. Co u mnie. Co robie. Jak się czuje. Wychodzisz na piwo? Przyjdź do Bartka. I co zrobiłam? Poszłam. Bo dlaczego nie? 

środa, 9 grudnia 2015

Początek

Każdy dzień może wydawać się monotonny, przynajmniej dla większości. Chyba, że w twoim życiu od dłuższego czasu ciągle się coś dzieje. Mogłabym zacząć opowiadać o tym, że od dwóch dni w końcu normalnie rozmawiam z Arturem, choć nie do końca normalnie. Dlaczego nie do końca? Bo to wszystko jest strasznie skomplikowane. Cała nasza relacja jest skomplikowana. Przyjaźnisz się z człowiekiem od dwóch lat, zawsze idealny kontakt. Ale jak pojawiło się coś więcej niżeli przyjaźń... Pojawiają sie schody. Pierwsza kłótnia, jeden dumniejszy od drugiego, nie wiesz jak się zachować. Zaczyna się wojna, kto komu zrobi bardziej na złość. Zmuszasz się do czegoś, czego zwykle nie robisz, ale doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że zajdziesz za skórę tej drugiej osobie. I udaje ci się. I jemu też. I tak na zmianę. Każdy inaczej odreaguje, aż w końcu... Ni stąd ni to zowąd... Zaczniecie normalnie rozmawiać. Jakby nic się nie stało. Jakby nie było żadnych nieporozumień, cichych dni. Piszecie jak wcześniej. I gdy przeczytasz w wiadomości 'Chora głowa', to już się uśmiechasz. Znowu powróciły te iskry w oczach, ten spokój. Prawda, niektórzy by pomyśleli - co w tym miłego? Ale skąd masz to wiedzieć nie znając historii? Skąd masz to wiedzieć, skoro nie opowiedziałam o naszych wspólnych weekendach, gdzie drażniłam Artura piosenkami One Direction, a on chował głowę pod poduszkę i powtarzał te dwa słowa? Nie mówiłam jak od tak włączyłam sobie karaoke i piałam do księżyca, a on śmiejąc się mówił - 'Chora głowa'. Nie wspominałam również wielu innych sytuacjach, jak bawiłam się jego uchem czy zasysałam mu policzek, a ten komentował to właśnie w ten sposób. I nie miały te słowa żadnego obraźliwego podtekstu, lubiliśmy sobie dogryzać, ale każdy z nas wiedział, że to na żarty. Śmialiśmy się z tego,to był tak jakby nasz wspólny język, który rozumieliśmy tylko my. Okazja do puszczenia tak zwanego 'focha', by móc następnie oczekiwać przeprosin w rodzaju pocałunku czy czułego przytulenia. Może chore, ale nasze. Tylko nie myślcie, że na wrednych odzywkach nasza relacja tylko polega. Oczywiście, że nie. Zawsze mogliśmy na sobie polegać, porozmawiać, poużalać. Zaufanie, zrozumienie, miliony niekończących się tematów - tak to właśnie wyglądało. A co najlepsze w tym wszystkim? My nie jesteśmy razem. I też nie byliśmy. Na drodze do tego niestety stoi wiele, wiele przeszkód. Między innymi przeszłość, różnorakie wątki z innymi osobami, które czy tego chce się czy nie, nie są w stanie zniknąć. Ale nie tylko to. Brak wcześniejszego zaangażowania, rozczarowania, złamane serca, który narodziły w nas dystans i ostrożność. I tu pewnie trudno cokolwiek zrozumieć. Trudno wyobrazić sobie na czym to wszystko polega. Wierzcie mi na słowo, ja sama nie potrafię tego pojąć do dnia dzisiejszego. Jak na to wszystko patrzę, mam wrażenie, że występuję w jakiejś chorej telenoweli. W głupim melodramacie, gdzie szczęśliwe zakończenie jest tak mało prawdopodobne, jak istnienie Atlantydy. Byście mogli to wszystko sobie w jakiś sposób przysposobić, muszę opowiedzieć wam to wszystko od samego, samego początku. Spokojnie, ominę czasy dorastania, podstawówki, gimnazjum czy tym podobnych. Zacznę po prostu od tego, gdzie pewna dziewczyna na samym początku obrała sobie za obiekt westchnień nie tego brata co trzeba. Gdzie zaimponował jej ktoś, kto żył całkowicie beztrosko, luźno i bez granic. Nie pomyślała, że stabilność i spokój mogą  przynieść jej szczęście. Że tym szczęściem, mógł być jej dobry przyjaciel, na którym to mogła zawsze polegać. A wiecie co w tym wszystkim jest najciekawsze? To co się działo, co się dzieje teraz - Nie jest moim wymysłem. Jest to prawdziwa historia, gdzie pozmieniane jest tylko miejsce wydarzeń i imiona. To wszystko działo się naprawdę i to wszystko doprowadza mnie do całkowitego szaleństwa.Upadki oraz wzloty, tak wygląda moje życie od maja 2015 roku.