środa, 4 maja 2016

Rozczarowanie

Oj drodzy czytelnicy, pewnie jesteście ciekawi dalszej części historii, prawda? A może tego co się dzieje teraz? Wierzcie mi, że to co piszę w tym poście, piszę z wielkim uśmiechem na twarzy, będąc po cudownym weekendzie. Jednak o tym, co się działo niestety teraz wam nie opowiem, bo do tego wątku jeszcze trochę. Chce byście przynajmniej wiedzieli, że czekają mnie bardzo udane święta. Dobra, koniec tego. Opowiem wam więc, jak rozwinęły się moje relacje z Mikołajem, bo czy chcecie czy nie, nie zrozumiecie obecnej sytuacji bez początku.
Ja i Mikołaj po słynnej domówce zaczęliśmy często pisać i się spotykać. To u Bartka w domu, bo mieszkał sam, ponieważ mama wyjeżdżała za granicę lub w jego samochodzie, słynnej alfie. Lubiłam spędzać z nim czas, zawsze było wesoło. Kolejne domówki, poznawaliśmy się, dużo rozmawialiśmy. No i w końcu poczułam coś do niego i sądziłam, że on do mnie też coś poczuł. Tak to wyglądało. Dzięki temu zaczęłam częściej spotykać się z Arturem, więc pomyślałam, że poznam go z moją przyjaciółką z klasy, Pauliną. Chciałam ich zeswatać, tym bardziej, że się sobie spodobali na jednej z nocek u mnie. No, przynajmniej jej się on spodobał i ja nie widziałam w tym nic złego. Powiem tak, przez ten czas działo się sporo między mną a Mikołajem. Były chwile, że chodziłam uśmiechnięta niczym Joker, ale też zdenerwowana niczym głodny psychopata, chcący pozabijać każdego w pobliżu. I zawsze gdy chodziłam przygnębiona z jego powodu, mogłam liczyć na wsparcie Mikołaja brata, Artura. Niestety muszę też przyznać, że ta znajomość trochę mnie odmieniła. Zaczęłam robić rzeczy, których nigdy bym się nie odważyła. Sprzeciwiać się matce? Opuścić dzień w szkole? No co wy! Przestałam chodzić na rynek czy boisko z swoją ekipą, bo umawiałam się z nim oraz z Bartkiem, zawalałam na każdej linii. Ale ja wtedy nie widziałam w tym nic złego, spędzałam czas z osobą, z którą wtedy coś mnie łączyło.
Pewnego dnia, byliśmy na meczu u Bolka, jego kolegi. Byłam ja, Mikołaj, Artur, Sławek(trzeci z braci), dziewczyna Bolka i Bartek. Dobrze wspominam ten wieczór, między mną a Mikołajem wręcz błyskało. Siedzieliśmy ciągle obok siebie, wygłupialiśmy się, przytulaliśmy, łaskotaliśmy, dogryzaliśmy. Pamiętam, jak staliśmy na balkonie i w pewnym momencie wszedł Bolek i spojrzał na nas.
- Jesteście razem? - zapytał, na co obydwoje spojrzeliśmy na siebie niepewnie i nikt nie wiedział co powiedzieć. Jednak ja należy chyba do tych głupich osób. Naprawdę głupich, bo zamiast poczekać na to, co odpowie Mikołaj i dowiedzieć się, na czym stoję, sama otworzyłam usta.
- Nie, no co ty - odpowiedziałam, spuszczając wzrok w dół.
- Aa tam, pamiętam moje początki z Wiktorią, identyczne. Też jak ją wkurzałem, to wykorzystywała fakt, że mam łaskotki. Ale jedno wam muszę powiedzieć. Pasujecie do siebie i widać, że między wami iskrzy. Będziecie zajebistą parą, młodzi - stwierdził, na co ja tylko puściłam typowego buraka. No, nie tylko ja. Mikołaj również. Ale słysząc coś takiego, byłam szczęśliwa. Czułam, że mogę wszystko. Że może nam się udać.
W ten wieczór też, dostałam propozycje. Żebym spała z nim u Bartka. Wiedziałam, co może myśleć moja mama, tym bardziej, że zawsze była przeciwna takim eskapadą. Zadzwonił do niej i zaczął prosić, bym spała u niego. Że siedzimy z jego rodziną i mama chcę, bym została na noc. Bo późno, bo dobrze się rozmawia, bo miło spędza się czas. I jak sądziłam, była temu przeciwna. Ale co powiedziała? Mam robić jak chce. I tak też zrobiłam. Poszliśmy do Bartka i zostałam u niego na noc. Nie myślcie, że to coś znaczyło. Bo do niczego więcej nie doszło jak do pocałunków i drobnych pieszczot. Nie jestem łatwa i nie rozkraczam nóg przy pierwszej lepszej okazji. Chociaż Mikołaj co jakiś czas próbował, ja zawsze byłam stanowcza i zawsze mówiłam twarde 'Nie'. A jak już mu się sprzeciwiałam, to nie nalegał. I za to mu byłam wdzięczna. Przynajmniej w tamtym czasie.
Także, spałam tam, spędziłam z nimi cały ranek aż do południa. Z nudów zrobiłam mu cztery malinki na szyi, bo taka byłam głupia. Ojć, musiał się tłumaczyć swojej matce. Ominę fakt, że jak wróciłam do domu to mama czekała na mnie z wypisaną na twarzy złością. Krucho ze mną było, ale nie przejmowałam się tym. Ważne było dla mnie to, że spędziłam tak dobry  czas w towarzystwie, w których chciałam być. Do dzisiaj zastanawiałam się, dlaczego dałam mu się tak omamić. Może była to kwestia tego, że po wcześniejszym nieudanym związku, przez który zamknęłam się na innych na dobre dwa lata, zobaczyłam światełko w tunelu? Potrzebowałam kogoś bliskiego, znów poczuć jak to jest być adorowanym. Przytulić się do silnych ramion, znów być dla kogoś ważną. Prawdopodobnie doskwierała mi samotność, przez co nie zwróciłam uwagi, że to wszystko może być tylko iluzją. Próba zaliczenia dziewicy, których na tym świecie można zliczyć na palcach jednej ręki. Ale jego gesty, słowa, ten błysk w oczach... Wtedy było dobrze. Było wręcz wspaniale.
Dopóki nie poszłam do wszystkich na rynek, gdzie był on. A on bywał tam rzadziej niż śnieg w Egipcie. Rozumiecie, prawda? Z początku ucieszyłam się, że tam jest. Dawno nie widziałam się z swoimi przyjaciółmi, więc chciałam spędzić z nimi trochę czasu. A o Mikołaju już w ogóle nie wspomnę. Jednak gdy tam doszłam, zauważyłam, że było znacznie więcej osób, niżeli przypuszczałam. A fakt, że nawet na mnie nie spojrzał, kompletnie mnie przybił i zaskoczył. Jakby mnie nie znał, wierzcie mi. Dowiedziałam się nawet od Marty, że gdy ta spytała się go o mnie, ten tylko wzruszył ramionami. Bolało, ale wtedy byłam bardziej wkurzona niż smutna i ignorowałam jego osobę w taki sposób, w jaki on mnie.
Gdy poszedł, w miarę się rozluźniłam. Dopóki nie dostałam telefonu matki o pogorszeniu się mojego dziadka i podejrzenia udaru. Dlatego siedziałam ciągle cicho i się nie odzywałam, a jedyną osobą, która cokolwiek zauważyła, był Artur. Usiadł obok mnie, mocno objął i cicho westchnął.
- Chcesz pogadać? - spytał, a ja spojrzałam na niego dosłownie na ułamek sekundy, by spuścić wzrok i wtulić się w niego. Uspokajał mnie, wszyscy to widzieli, ale nikt nic nie mówił. Każdy wiedział jakie mamy relacje, czysto przyjacielskie. Dlatego żaden z naszych przyjaciół nawet słowem się nie wtrącił.
- Wiesz, problemy w rodzinie. Jak w każdej - odpowiedziałam, na co ten już nic nie odpowiedział. Po prostu trzymał mnie w objęciach. Denerwowałam się dodatkowo tym, bo uważałam, że to Mikołaj powinien w tej chwili być przy mnie, pocieszać, pomóc odreagować. Normalnie bym zadzwoniła, czy nawet napisała, że mam problem i go potrzebuje. Ale byłam zła, że zignorował mnie przy nich wszystkich. Dlatego nie miałam zamiaru latać za nim jak jakaś kretynka.
- Głowa do góry tej, wszystko się ułoży. Chcesz papieroska? Może piwo? Jestem w stanie się nawet swoim podzielić - powiedział, na co ja się do niego lekko uśmiechnęłam.
- A dawaj. - Zaśmiał się, gdy wzięłam butelkę i wzięłam parę łyków, by następnie mu oddać ten jakże dobry napój. Po chwili rozkoszowałam się nawet papierosem. Tak, pale papierosy i wiem, to bardzo nie ładnie. Każdy ma swoje uzależnienie. Moje to cienkie mentole, choć wtedy zadowoliłam się zwykłym mallboro.

niedziela, 13 grudnia 2015

Domówka, jak każda inna.

Jak to się wszystko zaczęło? Wierzcie na słowo, że zwyczajnie. Mieszkam na dzielnicy mało popularnej, która uważana jest za niebezpieczną, groźną i pełną penerów. Jednak każdy wie, że Polacy lubią przesadzać. To zwykły stereotyp, wszędzie dzieje się zawsze to samo. No, chyba że mowa o kanapach płonących w sylwestra. To już inna bajka.
W każdym bądź razie, kiedy z reguły mama wychodziła do pracy na nockę, ja w domu urządzałam małe posiedzenia z znajomymi. No okej, domówki. Muzyka, alkohol, jedzenie, wygłupy. Nic nadzwyczajnego, zwyczajne spędzanie czasu z przyjaciółmi. I w maju, właśnie w maju nadchodził piątek, weekendu że tak powiem początek oraz dyżur mamusi w szpitalu. Miała być stała ekipa, ci co zawsze. Marta, moja najbliższa przyjaciółka z swoim chłopakiem, Krystianem. Ta parka jest doprawdy specyficzna. Ona taka drobna, niziutka, a on dość masywny i duży. Jednak bardziej dobranych osób nigdy nie spotkałam i nie wyobrażam ich sobie osobno. Miał być też Adam z Natalią, jednak oni to już nie tacy zgrani. Rozumiecie, Adam jak się zdenerwuje to nie patrzy czy Natalia jest jego dziewczyną, czy dziewczyną w ogóle. Chyba rozumiecie co mam na myśli? Do tego Artur, mój dobry przyjaciel, z którym kontakt mam nieziemski. Arek, nasz najmłodszy wojownik w paczce oraz Nataniel, najśmieszniejszy chłopak na całym wszechświecie, jak i największy 'łowca szparek'. Nie spodziewałam się nikogo więcej, dopóki Artur nie spytał się, czy będę miała coś przeciwko by przyszedł jego brat Mikołaj z kumplem, Bartkiem. I jak się każdy domyśla, nie miałam. I szczerze wam powiem, że od ich przyjścia wszystko się pozmieniało.
Mam psa. Małego czarnego kundelka. Siedzieliśmy w kuchni i rozmawiałam z Arturem. A przynajmniej miałam nadzieję porozmawiać. Dlaczego tak piszę? To proste. Był zajęty jedzeniem orzeszków z moim psem. Artur brał jednego do buzi, chwilę pocyckał i po chwili dawał czworonogowi. I na odwrót. Dał psu, pocyckała i po chwili ten to zjadał. Nie wiem co on miał w tej chwili w głowie, ale ubawiłam się tym widokiem.
- Ale łeb z ciebie - skomentowałam, bo inaczej byłabym chora. Artur spojrzał się na mnie kątem oka i zaczął się śmiać, a ja mu zawtórowałam.
- To jest moja Holly, ja się jej nie brzydzę - odpowiedział. Nie ważne, że Holly była moja. Jednak nie raz żartowałam, że zdecydowanie woli mojego psa ode mnie. I czasami zastanawiam się, czy to rzeczywiście nie jest prawda.
Wtedy przyszedł właśnie Mikołaj z Bartkiem. Jak się okazało, wcześniej był tu przywieźć tapczan, który mama zamówiła pare dni przed imprezą. I od tego się zaczęło. Dużo rozmawialiśmy,  włączył disco polo, w co uwierzyć nie mogłam kompletnie. A jak zaczął tańczyć to już w ogóle. Nie na darmo każdy mówi na niego 'Król Disco'. Dogadaliśmy się, aczkolwiek z tego co wiedziałam, był w pięcioletnim związku, a jego dziewczyna należy do tego typu osób, przy których człowiek może mieć kompleksy. W kuchni siedzieli wszyscy zaintrygowani kłótnią Adama i Natalii, przy której jak to zwykle musiało dojść do rękoczynów. Pierwszy raz miałam to gdzieś, bo ile można? Nie miałam zamiaru patrzeć, jak ta leży na ziemi, krzyczy że to koniec i tego typu podobne, by następnego dnia widzieć ich raz i jak to się okazuje, usłyszeć o jej przeprosinach. Idiotyzm, ale nikt się nie wtrącał. Dlaczego? Bo to i tak nie przynosiło skutków. 
W każdym bądź razie, siedziałam w pokoju z Mikołajem i Bartkiem, zaczęłam tańczyć z bratem Artura i później śpiewać karaoke. Skubany, zabierał mi piwo, przez co urządzaliśmy zapasy. W końcu trzeba walczyć o swoje, prawda? Przy okazji udawaliśmy rodziców Bartka, drażniąc go, by szedł już spać do pokoju bo dawno po dobranocce i tym podobne. I tak jak dobrze się bawiłam, wyszłam na chwile po kolejną buteleczkę, a gdy wróciłam jedyne co zauważyłam, to prawy sierpowy Mikołaja na twarzy Adama. I uwaga! O co chodzi? Co się dzieje? Skąd ta nagła zmiana w jego nastroju? Jak się okazało, pijany Adam za bardzo pozwalał sobie i powiedział o parę słów za dużo. Te parę słów delikatnie zdenerwowało oprawcę, normalnie szok. Coś nowego, ktoś kto sobie nie pozwalał na obrażanie. Tym bardziej osobie, która nie szanuje własnej dziewczyny. Jak się domyślacie, Adam został wyrzucony z mojego mieszkania a impreza trwała dalej. Tyle, że każdy był zajęty użalaniem się nad Natalią. Tym razem choć raz to ja się bawiłam i czułam się z tym świetnie. Bo z reguły dostawałam tylko cholery. 
Nie ma co opowiadać prócz tego, że mnie i Mikołaja do siebie strasznie ciągnęło. Wiadomo. Impreza, dobry nastrój, alkohol, wspólne poczucie humoru sprawia, że człowiek robi czasami dziwne rzeczy. Chociaż przyznam szczerze, że panowałam nad sobą tak długo, aż nie dowiedziałam się od Marty, że on jakiś czas temu rozstał się z swoją dziewczyną. I to było zapalnikiem. Nie miałam w głowie myśli, że on jest zajęty. Dlatego kiedy mnie pocałował, odwzajemniłam to. W końcu to nic nie znaczący pocałunek, prawda? Wtedy tak jeszcze myślałam, bo raz na jakiś czas można sobie pozwolić. Do niczego więcej rzecz jasna nie doszło, nie należę do tego typu osób, nie myślcie sobie. Jednak myślałam, że na tym wszystko się kończy. Że jak zamknęłam drzwi za ostatnią osobą, posprzątałam dom przed przyjściem mamy i wykąpałam się oraz położyłam do łóżka, kolejne dni niczym od poprzednich się różnić nie będą. To tylko domówka w końcu była. Jak każda inna. Zwykła impreza w gronie znajomych, bliskich i nowo zaprzyjaźnionych. Dla mnie była udana, jedna z lepszych. Gdzie nie latałam za każdym z szmatką. Rozluźniłam się.
Następnego dnia, gdzieś tak w późnych godzinach, kiedy odespałam noc i w jakiś sposób się doprowadziłam do porządku, weszłam tradycyjnie na facebook. Co tam na mnie czekało? Zaproszenie od Mikołaja, nic nadzwyczajnego, choć na wspomnienie ubiegłej nocy lekko się mimo wszystko ucieszyłam. Co następnie? Wiadomość. Co u mnie. Co robie. Jak się czuje. Wychodzisz na piwo? Przyjdź do Bartka. I co zrobiłam? Poszłam. Bo dlaczego nie? 

środa, 9 grudnia 2015

Początek

Każdy dzień może wydawać się monotonny, przynajmniej dla większości. Chyba, że w twoim życiu od dłuższego czasu ciągle się coś dzieje. Mogłabym zacząć opowiadać o tym, że od dwóch dni w końcu normalnie rozmawiam z Arturem, choć nie do końca normalnie. Dlaczego nie do końca? Bo to wszystko jest strasznie skomplikowane. Cała nasza relacja jest skomplikowana. Przyjaźnisz się z człowiekiem od dwóch lat, zawsze idealny kontakt. Ale jak pojawiło się coś więcej niżeli przyjaźń... Pojawiają sie schody. Pierwsza kłótnia, jeden dumniejszy od drugiego, nie wiesz jak się zachować. Zaczyna się wojna, kto komu zrobi bardziej na złość. Zmuszasz się do czegoś, czego zwykle nie robisz, ale doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, że zajdziesz za skórę tej drugiej osobie. I udaje ci się. I jemu też. I tak na zmianę. Każdy inaczej odreaguje, aż w końcu... Ni stąd ni to zowąd... Zaczniecie normalnie rozmawiać. Jakby nic się nie stało. Jakby nie było żadnych nieporozumień, cichych dni. Piszecie jak wcześniej. I gdy przeczytasz w wiadomości 'Chora głowa', to już się uśmiechasz. Znowu powróciły te iskry w oczach, ten spokój. Prawda, niektórzy by pomyśleli - co w tym miłego? Ale skąd masz to wiedzieć nie znając historii? Skąd masz to wiedzieć, skoro nie opowiedziałam o naszych wspólnych weekendach, gdzie drażniłam Artura piosenkami One Direction, a on chował głowę pod poduszkę i powtarzał te dwa słowa? Nie mówiłam jak od tak włączyłam sobie karaoke i piałam do księżyca, a on śmiejąc się mówił - 'Chora głowa'. Nie wspominałam również wielu innych sytuacjach, jak bawiłam się jego uchem czy zasysałam mu policzek, a ten komentował to właśnie w ten sposób. I nie miały te słowa żadnego obraźliwego podtekstu, lubiliśmy sobie dogryzać, ale każdy z nas wiedział, że to na żarty. Śmialiśmy się z tego,to był tak jakby nasz wspólny język, który rozumieliśmy tylko my. Okazja do puszczenia tak zwanego 'focha', by móc następnie oczekiwać przeprosin w rodzaju pocałunku czy czułego przytulenia. Może chore, ale nasze. Tylko nie myślcie, że na wrednych odzywkach nasza relacja tylko polega. Oczywiście, że nie. Zawsze mogliśmy na sobie polegać, porozmawiać, poużalać. Zaufanie, zrozumienie, miliony niekończących się tematów - tak to właśnie wyglądało. A co najlepsze w tym wszystkim? My nie jesteśmy razem. I też nie byliśmy. Na drodze do tego niestety stoi wiele, wiele przeszkód. Między innymi przeszłość, różnorakie wątki z innymi osobami, które czy tego chce się czy nie, nie są w stanie zniknąć. Ale nie tylko to. Brak wcześniejszego zaangażowania, rozczarowania, złamane serca, który narodziły w nas dystans i ostrożność. I tu pewnie trudno cokolwiek zrozumieć. Trudno wyobrazić sobie na czym to wszystko polega. Wierzcie mi na słowo, ja sama nie potrafię tego pojąć do dnia dzisiejszego. Jak na to wszystko patrzę, mam wrażenie, że występuję w jakiejś chorej telenoweli. W głupim melodramacie, gdzie szczęśliwe zakończenie jest tak mało prawdopodobne, jak istnienie Atlantydy. Byście mogli to wszystko sobie w jakiś sposób przysposobić, muszę opowiedzieć wam to wszystko od samego, samego początku. Spokojnie, ominę czasy dorastania, podstawówki, gimnazjum czy tym podobnych. Zacznę po prostu od tego, gdzie pewna dziewczyna na samym początku obrała sobie za obiekt westchnień nie tego brata co trzeba. Gdzie zaimponował jej ktoś, kto żył całkowicie beztrosko, luźno i bez granic. Nie pomyślała, że stabilność i spokój mogą  przynieść jej szczęście. Że tym szczęściem, mógł być jej dobry przyjaciel, na którym to mogła zawsze polegać. A wiecie co w tym wszystkim jest najciekawsze? To co się działo, co się dzieje teraz - Nie jest moim wymysłem. Jest to prawdziwa historia, gdzie pozmieniane jest tylko miejsce wydarzeń i imiona. To wszystko działo się naprawdę i to wszystko doprowadza mnie do całkowitego szaleństwa.Upadki oraz wzloty, tak wygląda moje życie od maja 2015 roku.